Powrót do bloga
Feb 10, 20267 min read

John Woo – poeta kina akcji

John Woo nie kręci zwykłych strzelanin. Jego kino to elegie o honorze, braterstwie i przeznaczeniu, opowiedziane w zwolnionym tempie, dymie i kaskadach kul.

CinemaJohn WooActionHong Kong Cinema
Damian Fojcik

John Woo to poeta kina akcji. Jego filmy nie są po prostu strzelaninami – to rytuały, elegie o honorze, braterstwie i tragicznej nieuchronności losu, opakowane w kaskady kul, dymu i białych gołębi.

Dla wielu z nas John Woo kojarzy się z sobotnim wieczorem. Świat na zewnątrz już nie istnieje. Chipsy na stole, ktoś coś mruczy w tle, a na ekranie właśnie zaczyna się kolejna ceremonialna wymiana ognia. Czas zwalnia. Kule lecą w zwolnionym tempie, jakby każda z nich niosła w sobie osobną historię, żal, decyzję, przeznaczenie.

To nie jest kino do intelektualnej analizy w fotelu krytyka. To kino do bycia razem, do dogorywania po tygodniu, do bezmyślnego (a jednak bardzo świadomego) oddania się czystej, stylowej eskapadzie aż do trzeciej nad ranem.

John Woo’s iconic slow-motion gunfights and visual style

Styl, który się nie wstydzi

John Woo nigdy nie udawał, że robi coś innego niż chce. Jego kino musi być cool — w tym samym sensie, w jakim cool było dla dziesięciolatka noszenie długiego płaszcza, dwuręcznego trzymania pistoletów i rzucanie jednego spojrzenia, które mówi wszystko. Jako dorosły nadal to kupujesz.

Czasem jeden dobrze zrobiony film kung-fu lub heroic bloodshed mówi więcej o ludzkiej kondycji niż kilka arthouse’owych dramatów o rozpadzie związku.

Wyczucie stylu u Woo jest absolutne.

  • Przejścia między kadrami są płynne, warstwowane fade’ami i overlapami dodającymi poetyckiej nuty.
  • Slow-motion nie służy efektowi – czas się zgęszcza, a akcja nabiera ciężaru.
  • Kadry są pełne i wyważone – przemoc staje się choreografią.

To nie efekciarstwo dla samego efekciarstwa. To język.

Heroic Bloodshed – krew w imię wyższych wartości

Najlepszy okres Woo to późne lata 80. i początek 90. – złoty czas hongkońskiego kina akcji. Wtedy powstały filmy definiujące gatunek heroic bloodshed.

The Killer John Woo’s operatic violence
  • A Better Tomorrow (1986) – braterstwo, zdrada i odkupienie przez krew.
  • The Killer (1989) – Chow Yun-fat jako tragiczny zabójca, który chce odejść, ale honor mu nie pozwala.
  • Hard Boiled (1992) – operowa eskalacja przemocy w wojnie gliniarzy z gangami.

Chow Yun-fat to idealny aktor dla Woo. Charyzma, elegancja i wewnętrzny konflikt wypisany na twarzy. Bohaterowie Woo to archetypy: lojalny zabójca, tragiczny gliniarz, mężczyzna z kodeksem. Schematyczne? Tak. I o to chodzi. Schemat jest tu nośnikiem mitu.

Red Cliff, czyli mit ważniejszy niż fakty

Red Cliff — When Myth Matters More Than Facts

W Red Cliff (2008) John Woo wraca do Chin i sięga po klasyczny mit Bitwy pod Czerwonymi Skałami. Dla zachodniego widza film przypomina partię szachów 4D, bohaterowie wydają się niemal wszechwiedzący, a mimo to napięcie nie znika.

I właśnie to skłoniło mnie do refleksji. Czy w chińskiej tradycji historia nie jest przede wszystkim zapisem faktów – próbą możliwie wiernego odtworzenia tego, „jak było”? Zachodnia cywilizacja, od Tukidydesa i Platona, przez Kanta aż po dziś, uczyniła swoim celem poszukiwanie prawdy (aletheia). Tymczasem w Chinach historię często traktowano jako narzędzie moralnej edukacji – galerię archetypów.

W chińskiej historiografii zdarzało się przypisywać czyny jednego władcy innemu, aby zachować spójność archetypu i harmonię świata. Liczyło się nie tyle to, co wydarzyło się „naprawdę”, ile to, co było zgodne z Dao. Prawda bywała mniej ważna niż harmonia.

Woo nie rekonstruuje bitwy jak dokumentalista. On opowiada mit. Sam reżyser mówił, że Red Cliff jest „w 50% faktograficzny” — chodziło mu nie o kronikę, lecz o uchwycenie ducha wydarzeń w formie epickiego kina akcji.

Bohaterowie są archetypami, bitwy – baletem, a całość pachnie starszym, kosmicznym porządkiem.

Dlaczego to wciąż działa?

Bo John Woo nigdy nie wstydził się swojej wizji. Jego filmy są naiwne, kiczowate i przesadzone – i właśnie dlatego mają dziwną elegancję. Przemoc staje się poezją.

W sobotni wieczór, z paczką chipsów i kilkoma osobami na kanapie, świat zwalnia razem z klatkami filmu. I przez chwilę nie oglądasz po prostu akcji. Oglądasz fragment większego porządku, w którym honor i braterstwo znaczą więcej niż realistyczna rekonstrukcja czegokolwiek.

John Woo nie kręci filmów. On pisze wiersze.